Od 1 września Tomasz Radwan nie jest trenerem Płomienia. Krótkie pytanie dlaczego?

To była dla mnie trudna, ale przemyślana decyzja. Od wielu, wielu lat działam aktywnie w sporcie – nie tylko jako trener, ale również jako organizator i uczestnik różnych projektów sportowych. Jednak w ostatnim czasie zacząłem zauważać, że moja obecność – a właściwie coraz częstsza nieobecność – na treningach i meczach przestała być zgodna z tym, jak powinien funkcjonować trener zespołu seniorskiego.
Kiedy tylko mamy wolny czas, wspólnie z żoną staramy się go wykorzystywać na podróże i zwiedzanie – zarówno po Polsce, jak i za granicą. To dla nas ważne i daje nam przestrzeń do odpoczynku. A że najlepszą okazją do takich wyjazdów są wakacje, które w piłce seniorskiej pokrywają się z okresem przygotowawczym (rozpoczynającym się już w połowie lipca), w pewnym momencie musiałem wybrać. Zdecydowałem się zrobić krok w tył i ustąpić miejsca komuś, kto będzie mógł w pełni zaangażować się w prowadzenie drużyny.

Co rzadko spotykane w realiach piłkarskich, mimo tych trudnych momentów, których nie brakowało, cieszył się Pan zaufaniem zarządu. Czy były momenty zwątpienia, jeśli tak to kiedy?


Jeśli chodzi o moje relacje z zarządem – mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że były wzorowe. Od początku naszej współpracy panowało między nami pełne zaufanie. Każdy z nas wiedział, że robimy wszystko najlepiej, jak potrafimy. Nigdy nie dostałem sygnału, że coś jest nie tak, że jak nie będzie wyników, to się rozstaniemy. Wręcz przeciwnie – prezes bardzo często mnie uspokajał, widząc moją frustrację w niektórych momentach. Mogłem na niego zawsze liczyć, niezależnie od sytuacji.
Oczywiście, były też trudne chwile. Zwątpienie pojawiało się zwłaszcza wtedy, gdy jechaliśmy na mecze w bardzo okrojonym składzie. Kiedy z różnych powodów brakowało zawodników, a my przegrywaliśmy, to była chyba największa frustracja w tej pracy. Bo jeśli przegrywa się mecz mając pełny skład i zostawiając serce na boisku – to trudno, taki jest sport. Ale kiedy musisz rotować składem do granic możliwości, bo brakuje ludzi, to frustruje podwójnie.
Mimo to – nawet wtedy nigdy nie usłyszeliśmy negatywnych uwag ze strony zarządu. Zdarzało się, że po przegranym meczu prezes wchodził do szatni i po prostu dziękował za walkę. I właśnie to wsparcie sprawiło, że nasza współpraca trwała tak długo.

To była druga przygoda z Płomieniem jako trener. Wcześniej był Pan trenerem w latach 2008 – 2012. Czy te dwa etapy kariery trenerskiej da się porównać? Czy jesteś w stanie wskazać różnice?

To są dwa zupełnie różne etapy – nieporównywalne, bo i okoliczności, i potrzeby klubu były zupełnie inne. Kiedy po raz pierwszy objąłem Płomień w 2008 roku, zaczynaliśmy praktycznie od zera. Budowaliśmy wszystko krok po kroku, tworzyliśmy drużynę od podstaw. Wtedy też miałem możliwość ściągać do klubu zawodników, bo znałem środowisko i miałem dobre relacje. Realizowaliśmy prosty plan – systematycznie wzmacniać skład co pół roku dwoma, trzema jakościowymi graczami. To była długa, ale przemyślana budowa.
Teraz sytuacja wyglądała inaczej. Kiedy wróciłem, klub miał już solidne fundamenty i mocny skład. Moim zadaniem było bardziej uzupełnianie zespołu – ale w podobnym stylu jak kiedyś, czyli punktowo, z myślą o konkretnych potrzebach. I muszę powiedzieć, że w ostatnim czasie dołączyło do drużyny kilku naprawdę ciekawych zawodników – ambitnych, z potencjałem, żeby coś osiągnąć w piłce.
Zespół, który kiedyś awansował do IV ligi, był świetny – to fakt. Ale nie mam wątpliwości, że obecna drużyna ma wszystko, żeby mu dorównać. Kto wie – może już pod wodzą nowego trenera osiągną wyniki, które zapiszą się w historii Płomienia. Naprawdę wierzę, że ta grupa ma ogromny potencjał.

Mamy bardzo ciekawą drużynę, która chociażby wiosną ubiegłego sezonu pokazała, że potrafi rywalizować z najlepszymi w V lidze. Co jest kluczem do tego by nadal zespół odnosił zwycięstwa?

Co do wyjątkowości tej drużyny – nie mam żadnych wątpliwości. To zespół, który naprawdę potrafi grać w piłkę i udowodnił to choćby wiosną, rywalizując jak równy z równym z najlepszymi drużynami w lidze. Kluczem do dalszych sukcesów będzie utrzymanie jakości nie tylko w wyjściowej jedenastce, ale także na ławce rezerwowych.
I to właśnie był – i nadal jest – jeden z naszych największych problemów. Mówiąc uczciwie: różnica poziomu pomiędzy podstawowym składem a ławką była zbyt duża. Oczywiście nie chcę nikogo urazić – każdy z zawodników daje coś zespołowi, ale wiadomo, że każdy ma inne umiejętności i jest w różnej dyspozycji. Czasem ktoś jest po prostu w słabszej formie, i to widać.
Latem wydawało się, że ten temat uda się rozwiązać – że udało nam się zbudować zespół, w którym zawodnicy wchodzący z ławki będą na równym poziomie z podstawowymi. Co więcej, byliśmy blisko momentu, w którym jako trenerzy naprawdę musielibyśmy się głowić nad tym, kto zasługuje na grę od pierwszej minuty. To buduje zdrową rywalizację i mocno podnosi poziom.
Niestety, rzeczywistość trochę to zweryfikowała. Pojawiły się dwie kontuzje u zawodników, którzy – moim zdaniem – mieliby bardzo duże szanse grać w wyjściowym składzie. Do tego dochodzą wyjazdy wakacyjne, które również wpływają na dostępność graczy. Ale to trzeba zrozumieć – jesteśmy drużyną amatorską i każdy ma prawo do swojego życia, do wypoczynku. To naturalne i nie można mieć o to pretensji.
Chcę jednak bardzo mocno podkreślić jedną rzecz: nigdy, ale to nigdy, nie obawiałem się gry z żadnym zespołem, bez względu na to, czy to był lider, czy bardzo solidna drużyna walcząca o awans – pod warunkiem, że mieliśmy pełen skład. W takich sytuacjach często wygrywaliśmy, bo wiedziałem, że ten zespół ma ogromny potencjał i umiejętności.
Ale wyjątkowość Płomienia polega też na czymś jeszcze. I tu trochę złamię to, co wcześniej mówiłem o znaczeniu wyrównanej kadry, bo były mecze, w których jechaliśmy w mocno okrojonym składzie – a mimo to potrafiliśmy wygrać z drużynami z czołówki, które celowały w awans. W takich momentach świetnie działała taktyka, którą wcześniej ustalaliśmy i której zawodnicy potrafili się trzymać. No i oczywiście – nie da się ukryć – to też zasługa indywidualnej jakości piłkarzy. Czasem jeden, dwóch, trzech zawodników potrafiło w kluczowych momentach przechylić szalę zwycięstwa na naszą stronę.

Najlepsze wspomnienie / wspomnienia z pracy w klubie to…

Gdyby człowiek miał opowiedzieć o wszystkich najlepszych momentach związanych z Płomieniem, to naprawdę trudno byłoby to wszystko zliczyć. Tych chwil było mnóstwo – i to właśnie one trzymały nas razem tak długo. Bo gdyby ich nie było, gdyby człowiek tego nie przeżywał w pozytywny, emocjonalny sposób, to pewnie ta współpraca skończyłaby się po roku. A jednak trwaliśmy w tym razem – robiliśmy fajne rzeczy, planowaliśmy kolejne sezony, wspieraliśmy się.
I tu nie ma co się oszukiwać – ogromną rolę odegrał w tym wszystkim Radek. To osoba, bez której Płomienia w obecnej formie po prostu by nie było. Naprawdę – bez prezesa nie byłoby klubu, bez Radka nie byłoby klubu. I to trzeba jasno powiedzieć i mocno podkreślić.
Nasze wspólne działania – rozmowy, planowanie, przygotowywanie drużyny do kolejnych rund – to wszystko budowało coś więcej niż tylko drużynę piłkarską. Rozmawialiśmy z zawodnikami, staraliśmy się przekonać tych, którzy mieli odejść, żeby jednak zostali. To były sytuacje, które pokazują, że ten klub to coś więcej niż tylko miejsce do grania. I tych momentów – ludzkich, prawdziwych, ważnych – było naprawdę bardzo dużo.

Zapytam o mecz, który najbardziej utkwił Panu w pamięci?

To wcale nie jest łatwe pytanie, bo przez te kilkanaście lat pracy w Płomieniu naprawdę było sporo spotkań, które zapadły mi w pamięć. Ale jeśli miałbym wskazać jeden najbardziej spektakularny, to zdecydowanie mecz w Rawiczu. Przegrywaliśmy już 0:3 i wydawało się, że jest po wszystkim… a jednak udało nam się wrócić do gry i wygrać 4:3. To był bardzo trudny, emocjonujący mecz i jedno z tych spotkań, których się nie zapomina.

Ważnych zwycięstw było jednak zdecydowanie więcej – chociażby mecze z drużynami, które walczyły, a nawet wywalczyły sobie awans, takimi jak Lipno Stęszew, Piast Kobylnica, Dyskobolia Grodzisk, KP Piła, Zamek Gołańcz, Korona Piaski czy Wiara Lecha. To były bardzo solidne zespoły, mocne kadrowo, dobrze przygotowane – a jednak to my wychodziliśmy zwycięsko z tych pojedynków. I każda z tych drużyn przekonała się, że gra z Płomieniem wcale nie należy do łatwych.
No i oczywiście – mecze z Orkanem Chorzemin. To zawsze były widowiska na wysokim poziomie emocji i zaangażowania. Chorzemin miał świetnych, ambitnych zawodników, którzy nie odpuszczali. Z naszej strony też nigdy nie brakowało determinacji, więc te spotkania zawsze stały na bardzo dobrym poziomie i były wyjątkowe.

Czy koniec pracy w Płomieniu to znak dla innych klubów, że Tomasz Radwan czeka na oferty pracy?

Nie, nie czekam na oferty pracy z innych klubów. Nie odszedłem z Płomienia po to, żeby od razu szukać nowego miejsca – tylko dlatego, że mam obecnie do dopięcia kilka ważnych projektów, w które jestem zaangażowany. Dlatego ewentualne telefony czy propozycje, które być może się pojawią, raczej nie będą rozpatrywane na ten moment.
Oczywiście – nie ukrywam, że w przyszłości chętnie znów podejmę się pracy trenerskiej. To jest coś, co lubię, co mnie pasjonuje. I szczerze mówiąc – nie ma dla mnie znaczenia, czy to będzie B-klasa, A-klasa, okręgówka, piąta liga. Najważniejsze jest dla mnie to, żeby trafić do klubu z fajnymi, zaangażowanymi ludźmi – zarówno po stronie zarządzających, jak i zawodników. Jeśli będzie dobry klimat i wspólny cel, to ja jestem na tak.
Na dziś jednak skupiam się na innych sprawach. Ale kto wie – w piłce różnie bywa. Na pewno nie mówię, że już nigdy nie poprowadzę żadnego zespołu.

Podziękowania
Na zakończenie chciałbym z całego serca podziękować Klubowi, który obdarzył mnie ogromnym zaufaniem i powierzył mi tak odpowiedzialną i zaszczytną rolę. Bycie trenerem Płomienia to było dla mnie coś więcej niż tylko praca – to był zaszczyt, zobowiązanie i przywilej. Jestem niebywale wdzięczny za możliwość pracy w miejscu, które stało się mi bardzo bliskie i które zawsze będzie miało szczególne miejsce w moim sercu.
Bardzo dziękuję prezesowi – za odwagę w podjęciu decyzji, że to właśnie ja zostałem trenerem, za nieustanne wsparcie, za zaufanie i za to, że nigdy nie zabrakło między nami szczerości i wzajemnego szacunku.
Szczególne – i nie ukrywam, najbardziej emocjonalne – podziękowania kieruję do Radka. To osoba, która była ze mną od pierwszego dnia, od pierwszej rozmowy, od pierwszego wspólnego planu. Przez te lata mogłem liczyć na jego pomoc, wsparcie i merytoryczne spojrzenie w każdej sytuacji. Bywało, że mieliśmy różne opinie – ale zawsze rozmawialiśmy z szacunkiem, zawsze byliśmy zespołem. Myślę, że Radek również wiedział, że może na mnie liczyć. To, co wspólnie stworzyliśmy w Przyprostyni, to nasze wspólne dzieło – od składu, przez atmosferę, po tożsamość tej drużyny. Radku – dziękuję Ci za wszystko. To zostanie ze mną do końca życia.
Dziękuję także Adrianowi – Adiemu – który przez ostatni czas był naszym wsparciem medialnym i organizacyjnym. Twoja obecność i zaangażowanie były nieocenione – bardzo Ci dziękuję.
Ogromne podziękowania kieruję do trenerów: Daniela i Dominika – z którymi w ostatnim czasie wspólnie prowadziliśmy zespół. Dziękuję Wam za profesjonalizm, wsparcie i świetną współpracę. Trzymam za Was mocno kciuki i życzę jak największych sukcesów.
Nie sposób nie wspomnieć o osobach, których na co dzień nie widać, a które są absolutnie niezbędne – ludzi przy klubie, którzy pomagali, wspierali, organizowali i po prostu byli zawsze wtedy, gdy trzeba było. Bez Was to wszystko by się nie udało.
Dziękuję również trenerom grup młodzieżowych: trenerowi Przemkowi, trenerowi Karolowi oraz trenerowi Wiesiowi z drugiej drużyny. To wielka wartość, że Płomień ma takich ludzi na pokładzie.
Kibicom – z całego serca dziękuję za obecność, wsparcie, doping i obecność na meczach – zarówno w Przyprostyni, jak i w Zbąszyniu. Zawsze staraliśmy się dać z siebie wszystko. Czasem wychodziło lepiej, czasem gorzej – ale nigdy nie brakowało nam serca do walki. Jeśli kiedykolwiek zawiodłem – przepraszam. Ale wierzę, że przeżyliśmy też wspólnie wiele dobrych chwil, które zostaną z nami wszystkimi.
Dziękuję również Panu Waldkowi – naszemu klubowemu przyjacielowi, który zawsze był gotów pomóc, kiedy graliśmy w Zbąszyniu. Zadbane boisko, szatnie, wzorowa organizacja – Panie Waldku, bardzo dziękuję za wszystko.
Na koniec – chłopaki, zawodnicy – dziękuję Wam. Za wspólnie spędzony czas, za walkę, za rozmowy, za wsparcie, za to, że tworzyliśmy jedną drużynę. Być Waszym trenerem – to była prawdziwa przyjemność i zaszczyt. Do zobaczenia!